Naprawdę nie pamiętam co mnie podkusiło, aby w kwestionariuszu, który wypełniałam aplikując o pokój zaznaczyć opcję Shared room. Prawdopodobnie mój mózg jest kompletnie sformatowany przez amerykańskie filmy i seriale i wizja sielskiego życia w komunie została mi zaaplikowana z chwilą kiedy bohaterowie Beverly Hills 90210 poszli do college’u. Moja współlokatorka z Federacji Rosyjskiej okazała się nie być gorącą, tlenioną blondyną, z kryształkami Svarowskiego zamiast zębów, pijącą szampana bądź wódkę na śniadanie i szukającą bogatego męża w Europie Zachodniej. Zamiast tego mam nieodzywającą się studentkę logiki, która wychodzi z domu tylko do szkoły i ewentualnie na zakupy, żywiącą się jedynie owsianką, corn flakes’ami z jogurtem oraz kaszą, która preferuje milczenie bardziej niż przyjacielską pogawędkę. Ponieważ studiowała wcześniej lingwistykę wydaje mi się, że jest drugim Noamem Chomskim więc boje się pisać o niej więcej, bo prawdopodobnie jest w stanie zrozumieć zdania we wszystkich językach świata. Generalnie w moim budynku klucz doboru współlokatorów jest nie do rozgryzienia. Większość dostała w bonusie Azjatów, którzy mimo że są w Amsterdamie ponad trzy miesiące, nadal żyją według czasu chińskiego – śpią w ciągu dnia, wstają po południu i siedzą w nocy nie pozwalając swoim współlokatorom spać. Chińczycy ci – co oczywiste- są jedynakami (rozpieszczonymi), pobyt w Holandii jest ich pierwszym wyjazdem z rodzinnego domu więc kiepsko sobie radzą z pracami porządkowymi i generalnym ogarnięciem siebie. Co ciekawe moja roommate przejawia wiele cech chińskich i niechęć do sprzątania jest jedną z nich. Przez to mój pokój samoczynnie podzielił się na dwie części: czystą i cywilizowaną - moją oraz pełną różnych przedmiotów i części garderoby na podłodze, barbarzyńską część rosyjską. Mamy więc metaforyczną granicę, która nadal stawia Polskę w pozycji przedmurza chrześcijaństwa. Podobna granica istnieje w pokojach, w których istnieje podział na West and the Rest* tam jednak różnice kulturowe zarysowują się wyraźniej. Moja ulubioną anegdotą w tym wypadku jest historia Scotta – który oczywiście nie ma tak na imię, ale takie imię przynależy do jego zachodniej tożsamości- otóż Scott był bardzo oburzony kiedy musiał napisać esej na temat wykorzystywania ludzi i nieprzestrzeganiu praw człowieka. Wpada też w furię kiedy próbuję się z nim rozmawiać na temat demokracji oraz Tybetu. Może nawet droczenie z nim sprawiałoby mi niezłą frajdę, gdybym tylko była w stanie zrozumieć co do mnie mówi, bo nadal zdaje mi się, że mówi bardziej po chińsku niż po angielsku.
Ja nie wiem co się z tymi Rosjanami teraz dzieje. Mamy tu jednego, ale alkoholu nie pije, zadaje się ino z Azjatami i jak było cieplej to nosił białe skarpety do sandałów.
OdpowiedzUsuńFragment o "przedmurzu chrześcijaństwa" jest boski :D
wygląda na to, że Rosjanie na eksport różnią się znacząco od tych na rynek wschodnioeuropejski
OdpowiedzUsuńMoja ruska też nosi skarpety do sandałów i polar :D