sobota, 19 marca 2011

Pean na cześć moich współmieszkańców


Tych, którzy kupili mi maść, pożyczyli bandaż elastyczny, ugotowali obiad a potem po nim posprzątali, zrobili zakupy, dali środki przeciwbólowe i trochę alkoholu dla uśmierzenia bólu.
A wszystko to po moim wypadku rowerowym, po którym oprócz licznych siniaków w kolorze tęczy stłukłam sobie kostkę w tak niefortunny sposób, ze nie jestem w stanie chodzić a moja stopa jest trzy razy większa niż normalnie :/
Moje kolejne amsterdamskie doświadczenie …
Ale, ale staram się widzieć dobre strony! Mam wszystkie zęby i żadnych uszkodzeń twarzy :)

piątek, 11 lutego 2011

Zabawa na całego!

Wydawało mi się, że pogodziłam się z tym, że kultura Erasmusów jest specyficzna. Po kilku typowo studenckich imprezach już nawet nie próbuję sobie wmówić, że może być fajnie i po prostu omijam je szerokim łukiem. I naprawdę sądziłam, że nie wiele jest mnie w stanie zaskoczyć, ale wczoraj odbyła się najbardziej absurdalna impreza o jakiej słyszałam: Traffic Light Party. A oto jakże obiecujący opis tej imprezy:

As you know, St. Valentine's day is near, so we have a special event planned for any body who wants to play and enjoy a sexy night out, on February 10th at our home, Dansen Bij Jansen, we have the "Traffic Light Party"

The disco will be full of green, orange, and red to mimic the colours of the traffic light, everyone must be dressed with one of this three colours depends of your status, or how honest you want to be:

- Red clothes means you are in a closed or serious relationship

- Orange clothes means you are in a strange, complicate or open relationship

- Green clothes means you are free for to do what you want ;)

Is not necessary to be dressed all in one colour, you would only need to wear only one article of clothing with the desired colour, like a hat, t-shirt, necktie, a flower or maybe your underwear... depends how you want others to know about your situation.

środa, 9 lutego 2011

wtorek, 8 lutego 2011

sezon 2 odcinek 1

Po przedłużonej przerwie świąteczno-semestralnej nadszedł najwyższy czas na rozpoczęcie nowego sezonu w Niderlandach. Powrót tutaj nie był tak bardzo bolesny - po niemal miesiącu pomieszkiwania w squaterskich warunkach tym bardziej doceniłam centralne ogrzewanie, ciepłą wodę bez ograniczeń i mój rower. Oprócz tego okazało się, że tęskniłam również za moimi sąsiadami z drugiej strony ulicy. Nie doszło wprawdzie między nami nigdy do żadnych interakcji, ale przez 4 miesiące życia vis-a-vis bez zasłon i firanek zżyłam się także z nimi.


Przyjechałam objedzona twarogiem i kabanosami, co więcej polskie jedzenie zdążyło mi zbrzydnąć i okazało si, że nie jest tak kolorowo w kraju nad Wisłą, gdzie w sezonie zimowych dostępne są tylko warzywa korzeniaste i  łatwo nabrać się na ser, który ma w sobie tylko 15 % sera. A tutaj mimo bariery językowej nie ma szans, że kupię produkt seropodobny bądź sztuczny miód gdyż takich specyfików najzwyczajniej tutaj nie ma. A poza tym przestałam się przejmować ilością chemikaliów użytych do zakonserwowania świeżego szpinaku w środku zimy, albo pakowanych i poszatkowanych warzyw dochodząc do wniosku, że skoro nie zabiły mnie one do tej pory to nie mam co panikować.
Dlatego też moim postanowieniem noworocznym (oprócz ograniczenia spożywania makaronu, który z powodu mojego lenistwa przez ostatnie pół semestru był moim głównym pożywieniem),  jest jedzenie wymaganych i rekomendowanych pięciu porcji warzyw i owoców dziennie. Wprawdzie tutaj na pakowanych roślinach widnieje napis, który jak wydedukowałam mówi o tym, że tych porcji powinno być dwie, więc nie wiem czy znaczy to że mają one więcej wartości odżywczych i witamin czy są tak przetworzone, że jedzenie ich w  nadmiarze grozi chorobą…? Nie spędza mi to jednak snu z powiek, ponieważ targi tutaj to prawdziwy raj owocowo-warzywny.


Pomijając już produkty z całego świata, śmieszne ceny i promocje typu 5 mango z 1 euro, to naprawdę w styczniu można tu dostać niemal wszystkie warzywa, które u nas zwykło się nazywać sezonowymi. Ale jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nie było problemu z zakupem rzodkiewki czy fasolki szparagowej, ale już korzeń pietruszki był towarem deficytowym. Pomijając już osłupienie w jakie wprowadziłam moja włoską koleżankę kiedy próbowałam jej wyjaśnić czego tak naprawdę szukam i wskazując na seler powiedziałam, ze powinna ona być gdzieś tutaj. Nie musze chyba dodawać, że seler wydał jej się warzywem mega egzotycznym, a kiedy w końcu w sklepie islamskim znalazłam pietruszkę było to jej pierwsze z nią zetknięciem, co skomentowała stwierdzeniem, że jem bardzo dziwne rzeczy. Ugotowana na parze i podsmażona pietruszka była najdłużej dyskutowanym daniem w trakcie obiadu tego dnia i okazał się najbardziej undergroundowym warzywem. Do tego stopnia, ze kiedy w końcu odwiedziłam squat, w którym squatersi trzy razy w tygodniu prowadzą coś w stylu restauracji ze świetnym wegetariańskim jedzeniem (i na warunki holenderskie tanim), tam jednym z dań było curry z pietruszki. To znaczy tak myślałam i do takich wniosków doszliśmy w trakcie jedzenia, jednak w domu postanowiłam sprawdzić jaka jest różnica między persley a parsnip, bo taka forma widniała w menu. Tym razem okazało się, że to co brałam za pietruszkę jest PASTERNAKIEM, kolejne warzywo, które znam tylko z tekstów kultury, zwłaszcza tych poświęconych biedzie. Więc znowu 1:0 dla Holandii.