czwartek, 9 grudnia 2010

Lady Gaga w dyskursie akademickim

Uwielbiam moje zajęcia tutaj! Dzisiaj analizowaliśmy teledysk Lady Gagi & Beyonce



w analizie pomagała nam Judith Halberstam

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Back to the 90s..........

Generalnie na Erasmusa powinno się wyjeżdżać w wieku 20 lat, bo w przeciwnym wypadku człowiek czuję się bardzo staro - oto moja nowa życiowa mądrość! To odczucie potęguje również fakt, że piosenki z twojego dzieciństwa i okresu dojrzewania uważane są przez pozostałych za "stare"...

Isn Amsterdam created an event.

Tomorrow 21:30 at Cafe the Heffer
Come enjoy those "old" hits!!!! And be early so you can get a free drink on the house!!!!


EPILOG
O Jezu! po tym wpisie rozpętała się burza! Więc donoszę, że :
- wcale nie czuję się permanentnie staro, ale tylko czasem w grupie, w której średnia wieku wynosi 21 lat.
- większość i tak myśli, że mam 23 lat więc nie mam powodu do zmartwień.
- czasami nie znajduję platformy porozumienia z ludźmi, dla których Spice Girls to vintage a dla mnie część mojego dzieciństwa, które nadal wydaje mi się jakby było wczoraj

Roomates


Naprawdę nie pamiętam co mnie podkusiło, aby w kwestionariuszu, który wypełniałam aplikując o pokój zaznaczyć opcję Shared room. Prawdopodobnie mój mózg jest kompletnie sformatowany przez amerykańskie filmy i seriale i wizja sielskiego życia w komunie została mi zaaplikowana z chwilą kiedy bohaterowie Beverly Hills 90210 poszli do college’u. Moja współlokatorka z Federacji Rosyjskiej okazała się nie być gorącą, tlenioną blondyną, z kryształkami Svarowskiego zamiast zębów, pijącą szampana bądź wódkę na śniadanie i szukającą bogatego męża w Europie Zachodniej. Zamiast tego mam nieodzywającą się studentkę logiki, która wychodzi z domu tylko do szkoły i ewentualnie na zakupy, żywiącą się jedynie owsianką, corn flakes’ami z jogurtem oraz kaszą, która preferuje milczenie bardziej niż przyjacielską pogawędkę. Ponieważ studiowała wcześniej lingwistykę wydaje mi się, że jest drugim  Noamem Chomskim więc boje się pisać o niej więcej, bo prawdopodobnie jest w stanie zrozumieć zdania we wszystkich językach świata. Generalnie w moim budynku klucz doboru współlokatorów jest nie do rozgryzienia. Większość dostała w bonusie Azjatów, którzy mimo że są w Amsterdamie ponad trzy miesiące, nadal żyją według czasu chińskiego – śpią w ciągu dnia, wstają po południu i siedzą w nocy nie pozwalając swoim współlokatorom spać. Chińczycy ci – co oczywiste- są jedynakami (rozpieszczonymi), pobyt w Holandii jest ich pierwszym wyjazdem z rodzinnego domu więc kiepsko sobie radzą z pracami porządkowymi i generalnym ogarnięciem siebie. Co ciekawe moja roommate przejawia wiele cech chińskich i niechęć do sprzątania jest jedną z nich. Przez to mój pokój samoczynnie podzielił się na dwie części: czystą i cywilizowaną -  moją oraz pełną różnych przedmiotów i części garderoby na podłodze, barbarzyńską część rosyjską. Mamy więc metaforyczną granicę, która nadal stawia Polskę w pozycji przedmurza chrześcijaństwa. Podobna granica istnieje w pokojach, w których istnieje podział na West and the Rest* tam jednak różnice kulturowe zarysowują się wyraźniej. Moja ulubioną anegdotą w tym wypadku jest historia Scotta – który oczywiście nie ma tak na imię, ale takie imię przynależy do jego zachodniej tożsamości- otóż Scott był bardzo oburzony kiedy musiał napisać esej na temat wykorzystywania ludzi i nieprzestrzeganiu praw człowieka. Wpada też w furię kiedy próbuję się z nim rozmawiać na temat demokracji oraz Tybetu. Może nawet droczenie z nim sprawiałoby mi niezłą frajdę, gdybym tylko była w stanie zrozumieć co do mnie mówi, bo nadal zdaje mi się, że mówi bardziej po chińsku niż po angielsku.


*wybaczcie anglicyzm ale nacisk kładziony na studia postkolonialne tutaj sprawił, że jest to moje ulubione hasło :)

piątek, 3 grudnia 2010

Moja mała apokalipsa


Ten tydzień na pewno nie należy do najlepszych. Najpierw awaria moich jedynych zimowych butów zmusiła mnie do nieplanowego wydatku i zakupu pierwszych kozaków na lekkim obcasie. Przez kolejne trzy dni z rzędu próbowałam oszacować  czy jest za zimno na rower i  wczoraj oficjalnie się poddałam. Teraz muszę na nowo przyzwyczaić się do chodzenia lub co gorsza do komunikacji miejskiej, która w Holandii kosztuje majątek i jakoś nigdy nie jedzie dokładnie w tym kierunku, w który potrzebuję się znaleźć. Ale najgorsze stało się wczoraj w nocy! Moje kaloryfery, moje cudowne centralne ogrzewanie zepsuło się i jak się okazało moja administracja wykazuje podobną opieszałość w podjęciu próby ich naprawy jak administracja kamienicy w Krakowie w czasie ubiegłorocznego zamarznięcia rur! Ostatni mit upadł! Dziś w nocy - z tego co widzę za oknem - zamarzły kanały! Apokalipsa nadchodzi! Czas wracać!

poniedziałek, 29 listopada 2010

Najbardziej rozczarowujące rzecz na świecie- zima w Amsterdamie jest nawet zimniejsza niż w Polsce!


Śnieg jest taki sam, temperatura taka sama ale doznanie chłodu silniejsze – nie wiem jak to działa, ale tak właśnie jest!
Rozczarowujące zwłaszcza, że decyzję o wyjeździe z Polski podjęłam doświadczona ubiegłoroczną zimą kiedy to z powodu patologicznych mrozów zamarzły mi rury i stwierdziłam, że drugi raz tego nie przeżyję! Gdybym nie była tak leniwa i uczyła się była  języków byłabym teraz we Włoszech albo na półwyspie iberyjskim. A tak jedyną rozsądną opcją wydawała mi się Holandia kraina wiecznie zielonych łąk, na której wypasane są szczęśliwe krowy dające zdrowe mleko z którego wytwarzana jest gouda! Niestety ten obraz jest tak  samo fałszywy jak i oczekiwanie, że Gouda powinna być każdym sklepie spożywczym! Jedynym profitem z tego wyjazdu  jest centralne ogrzewanie, które utrzymuje w moim pokoju stałą, niemal tropikalną (na warunki krakowskie) temperaturę 25 stopni Celsjusza.
Do tego zupełnie odwykłam od chodzenia i nie potrafiłam odmówić sobie powrotu do domu na rowerze mimo, że prawie przypłaciłam to życiem. Za to pierwszy raz od czasu mojej rowerowej przygody z Amsterdamem widziałam tak uważnych i bezpiecznie jeżdżących rowerzystów: nikt mnie nie wyprzedzał, nikt nie jechał rozmawiając jednocześnie przez telefon lub pisząc smsa. Ale to fakt byłam jedną z nielicznych osób, które zdecydowały się wsiąść  dzisiaj na rower.
I jedynymi osobami, które cieszą się z padającego śniegu są oczywiście Grecy, Hiszpanie, Włosi i Azjaci - ale oni jeszcze nie wiedzą, że zima to zło!

I Olga proszę nie pisz mi, że Ty możesz sobie co najwyżej pomarzyć o zimie, bo widziałam Twoje zdjęcia, na których wracasz z imprezy bez skarpet i domyślam się, ze temperatura na Twoim kontynencie jest dużo bardziej dodatnia niż w Europie północnej :)



sobota, 27 listopada 2010

Moja teoria związana z myciem szkła


Wracając do sposobu mycia szkła w holenderskiej gastronomii – nadal budzi on moje największe obrzydzenie. Oglądając  Shoah Lanzmanna odkryłam, że w Niemczech robi się dokładnie tak samo. To, że „opłukiwanie szklanek” pojawia się w kontekście byłego nazisty pracującego jak gdyby nigdy nic w gospodzie w Monachium wydaje mi się szczególnie wymowne. Dla zainteresowanych 5:40 minuta 2 części.

piątek, 26 listopada 2010

O szkole i nauce


Było o rozrywkach teraz czas na studia i uniwersytet, bo przecież po to przede wszystkim – przynajmniej oficjalnie- tutaj przyjechałam.

        Holendrzy jako studenci są dość specyficzni. Już na pierwszych zajęciach zaskoczyło mnie, że wszyscy bez skrępowania jedzą, piją, rozmawiają, a nawet jedna z dziewczyn obierała sobie jabłko. I nie był to wcale wykład, ale kameralne seminarium w 30 osobowej grupie, a  wykładowca nigdy nie zwrócił nikomu uwagi. Zaskakujące jest dla mnie również, że kiedy studenci przychodzą na zajęcia z własnym komputerem bez skrępowania, niemal oficjalnie większość czasu spędzają na Facebooku – raz obserwowałam siedzącą przede mną dziewczynę, która trzygodzinne zajęcia spędziła na przeglądaniu blogów modowych, nie notując ani słowa związanego z wykładem. Oczywiście komputery są też pomocne - bardzo często na zajęciach jeśli wykładowca czegoś nie wie, albo nie jest pewien bezwstydnie zdarza mu się korzystać Wikipedia. 
        Natomiast co zabawne  - z polskiego punktu widzenia- wszyscy dla ochrony przed deszczem pakują swoje komputery w plastikowe torby,  które w Polsce - z racji konotacji z pierwszymi wyjazdami zarobkowymi Polaków zagranicę oraz związanym z tym mitem reklamówki jako erzacu zachodniego kapitalizmu- uchodzą za szczyt obciachu i nikt nie pokazuje się z nimi publicznie. Również jajka na twardo, które w Polsce nierozłącznie kojarzą się z podróżą w przepełnionym przedziale pociągu PKP,  tutaj pozbawione są tego plebejskiego kontekstu i są sprzedawane w kantynie.
       I ogromnym szokiem kulturowym było dla mnie to, ze wszyscy piją tu wodę z kranu! W trakcie przerwy w toalecie wszyscy napełniają nią butelki i nikt nie kupuje wody mineralnej! Ponieważ zostałam wyśmiana po tym jak stwierdziłam, że to niezdrowe i pewnie ta woda pompowana jest prosto z kanałów i pełno w niej bakterii, wirusów i robaczków które zalęgną się w naszych brzuszkach a następnie nas zabiją (kolejny  z polskich przesądów wszczepiony we mnie w okresie dziecięcym) i teraz piję już kranówę jak wszyscy inni przedstawiciele zachodniego świata.
       Natomiast dzisiaj w trakcie wykładu zapanowało ogólne poruszenie i osoby siedzące w jednym z rzędów kolektywnie wstały i uciekły pod okno. Wykładowca – który jak wspomniałam raczej nie ma problemu z tym, że na sali panuje rozgardiasz – przez chwilę starał się nie zwracać na to uwagi i kontynuował wykład. Ale ludzka ciekawość wzięła górę nad profesjonalizmem i spytał w końcu co się stało. Ponieważ początkowo wymiana zdań odbywała się po holendersku nie byłam pewna czy to co widzę jest rzeczywiście tym czym myślałam że jest. A widziałam mianowicie chłopca schylonego pod ławką i wszystkich wokoło wpatrzonych w niego i z obrzydzeniem obserwujących jak on…. WYMIOTUJE!!!!!  Ostatnio raz wymiotujący uczeń zdarzył mi się w podstawówce! Wykładowca zarządził więc przerwę, chłopiec uciekł – niestety nie wiem co działo się w ciągu 5 minut, w trakcie których udałam się do toalety, ale kiedy wróciłam koordynator zajęć wszedł do sali z rolką papierowych ręczników i workami na śmieci, podszedł do ławki w której siedział wymiotujący chłopiec, ze śmiechem przyjrzał się wymiocinom, a potem przyjrzał się z dezaprobatą jogurtowi, który chłopiec pił i który był bezpośrednią przyczyną jego  zasłabnięcia. Kiedy wymyty chłopiec wrócił do sali został poklepany po ramieniu przez nadal rozbawionego koordynatora, zostały mu również wręczone ręczniki i zabrał się do sprzątania. Po pięciu minutach wszystko wróciło do porządku, oprócz tego że wszyscy przesiedli się do początkowych rzędów zostawiając osamotnionego, "wymiotującego chłopca" z tyłu.  

środa, 24 listopada 2010

Mityczny napój


Pamiętam jak dzisiaj jak klika lat temu zmobilizowałam wszystkich moich przyjaciół przebywających w innych krajach i kontynentach do poszukiwań mitycznej waniliowej coli. Powstało w tym czasie mnóstwo wpisów na blogach i fotorelacji, które niestety za każdym razem wieściły porażkę. Nawet wyjazd Haratyka na stypendium do Sztokholmu zdominowany został przez poszukiwanie Coca Coli o smaku wanilii. Znalazłam ją w końcu, okazało się że najciemniej niemalże pod latarnią a Vanila Coke jest w regularnej sprzedaży u naszych zachodnich sąsiadów. Ale aby tradycji stało się zadość, ja również szukałam napoju po wszystkich sklepach i knajpach – tym razem nie coli – bo jedna szklanka to milion kostek cukru, ale zdrowej, naturalnie pysznej i jakże uzależniającej Club Mate. I dzisiaj nastąpił dzień chwały i wytchnienia! Club Mate zawitała do Amsterdamu i to do tego w półlitrowych butelkach. Gdyby jeszcze były tu pączki i prawdziwe kabanosy od Szubryta byłoby klawo!

wtorek, 23 listopada 2010

O rozrywkach słów kilka


Rozrywki w Amsterdamie  - co oczywiste - nie mogą być takie jak w Krakowie. Nie bez kozery miasto to uznane jest za stolicę dobrej zabawy i łączy się nierozerwalnie z hasłem sex, drugs and rock’n roll. Jednym z przykładów nietypowego podejścia do tematu była przytaczana przeze mnie Gay Night Out, na której to chodziliśmy sporą grupą po klubach gejowskich, tańczyliśmy do przebojów YMCA i Backstreet Boys. Niestety zabawę popsuł mi fakt, że Music Bingo nie opierało się na wiedzy i umiejętnościach, ale na szczęściu, którego niestety w grach losowych mi brak. Ci którzy byli ze mną na regularnym bingo wiedzą, że wpadam w furię kiedy przegrywam  i humor psuje mi się na dobre. No niestety nie wygrałam i tym razem, ale darmowe drinki troszkę osłodziły mi porażkę. Music Bingo polega na tym, że każdy otrzymuje kartę z tytułami piosenek zamiast numerków, DJ puszcza po kawałku i trzeba zakreślić na swojej karcie odpowiedni utwór – byłoby zabawniej gdyby wymagało to zgadywania tytułu piosenki, albo chociaż zaśpiewania fragmentu, niestety dla ułatwienia tytuły były czytane przez prowadzącego  tak, ze nie dało rady ich przeoczyć. W ten sposób najlepsi (ja!), którzy znają cały tekst piosenki I’ll always love you mają niewielkie szanse na wygraną. 

Ale nic, dość tej polskiej goryczy wylewanej na biednych pomysłodawców Music Bingo. Bo oto wczoraj postanowiłam wybrać się na pokaz filmów do jednej z knajp. Poleciła mi ją moja współpracowniczka Amerykanka, reklamując to jako najlepsze miejsce ever. I chyba rzeczywiście tak jest – wygląda trochę jak stary Pies na Jana i coponiedziałkowe pokazy filmów ściągają bardzo dziwnych ludzi. Ponieważ nie zdążyłam zapoznać się dokładnie z programem- byłam zbyt skupiona na tym, aby zapamiętać drogę i ulicę na którą mam dotrzeć – pokaz filmowy był całkowitą niespodzianką. Gospodarzem wieczoru jest podstarzały amerykański hippis w lenonkach, który jest zupełnie niesamowity! Pierwszy filmem był camp classic z 1956 roku The Violent Years Eda Wooda. Film opowiadał o grupie nastolatek, które rabują, gwałcą i zabijają, a przy tym są opłacane przez kontrwywiad sowiecki. Polecam serdecznie!



Po krótkiej przerwie hippis zaprezentował nam drugi film: pierwszy pełnometrażowy film porno Behind the Green Doors. Generalnie wiele w tym filmie było pionierskich elementów: pierwszy seks z czarnoskórym, pierwszy film hard-core szeroko dystrybuowany w Stanach no i gwiazda filmu: Marylin Chambers według wstępu hippisa jako pierwsza wygoliła sobie waginę, uprawiała seks na ekranie z ogromną ilością mężczyzn i z sukcesem obciągała komuś kto miał : „the biggest cock on this time” (niestety nie pamiętam nazwiska tego kogoś).  Oglądanie starych filmów porno w towarzystwie zupełnie obcych ludzi - bezcenne! Niestety nic nie wyszło z zapowiadanej po filmie dyskusji...

poniedziałek, 15 listopada 2010

O mojej przygodzie z gastronomią ciąg dalszy


Jeszcze kilka słów o placówce gastronomicznej, w której zarabiam słodkie eurasy, bo wciąż  nie przestaje mnie ona zaskakiwać i szokować. Nawet nie dziwi mnie, że turyści, którzy się w niej pojawiają są zachwyceni jedzeniem przygotowywanym z półproduktów, smażonych na głębokim tłuszczu i nafaszerowanych glutaminianem sodu. Różnice kulturowe związane z łączeniem smaków – słodkich i słonych w przypadku Amerykanów  (naleśniki z bekonem i syropem karmelowym) czy słonych i kwaśnych w przypadku Brytyjczyków (frytki z octem) są niczym przy możliwościach ludzi zjaranych trawą. Tutaj w rankingu chyba na pierwszym miejscu jest English Breakfast, do którego bardzo chętnie domawiają gorącą czekoladę z dużą ilością bitej śmietany.
Ale to właśnie w Amsterdamie, cywilizowanym mieście Europy Zachodniej zobaczyłam swoją pierwszą mysz za barem i karaluchy w kuchni. Dotarło do mnie też, że  żywe kotki które są wszędzie – w knajpach, sklepach nie są tam dlatego, że są tak kochane, ale dlatego, że najlepiej sprawdzają się w walce ze szkodnikami. Generalnie poziom higieny lekko mnie przeraża, to, że ode mnie - osoby mającej kontakt z żywnością, nikt nie wymagał jakichkolwiek badań lekarskich jak również, nikt nie zapewnił mi w miejscu pracy chociażby umywalki z mydłem antybakteryjnym sprawia, że naprawdę boję się teraz jeść gdziekolwiek w tym mieście poza swoją własną kuchnią. A szkoda, bo odkąd w końcu sprawdziłam w Wikipedii gdzie jest Surinam (dawna kolonia holenderska, przez co jest tu mnóstwo sklepów i restauracji z żywnością z Surinamu) bardzo chciałam spróbować tradycyjnego jedzenia z tej części świata.
I oczywiście grupa Japończyków rozpoznała we mnie Anne Hathaway, inni robili sobie ze mną zdjęcia. Nie pasuję do stereotypu Polki blondynki, więc automatycznie jestem brana za Hiszpankę. Pomaga mi to zwłaszcza kiedy przypadkowo pojawią się w moim przybytku rodacy, którzy jak na prawdziwych turystów przystało zawsze ubrani są w kurtki z Goratexu i polary. Kiedy lekkomyślnie przyznałam się przed taką grupą do moich korzeni, zamówienie, które w przypadku konieczności zamawiania w obcym języku ograniczyłoby się tylko do języka migowego tj. podania ilości i wskazania na piwo, dzięki możliwości zamawiania w języku ojczystym rozwinęło się do listy wymagań, oczekiwań oraz lekkiego wymuszenia ode mnie rabatu. Teraz już wyryłam sobie w sercu, że nostalgia nostalgią, ale pięćdziesięcioletni turyści z Polski to zło, którego trzeba unikać jak ognia.

wtorek, 9 listopada 2010

Witaj gastronomio!


Tak, tak miło mi poinformować, że wróciłam do pracy w gastronomii. Różnice pomiędzy barem w Holandii a  barem Polsce są dość oczywiste i według mnie mają swoje źródło w protestanckim umiłowaniu do prostoty i umiaru. Stąd też zapewne piwo w knajpach sprzedawane jest w szklaneczkach, które swoją objętością przypominają mi „literatki”, z których w dzieciństwie piłam kompot. I niestety holenderska protestancka mentalności nie ma nic wspólnego z polską gościnnością i nikt nie zwraca uwagi na to czy piwo zostało nalane w ilości, która sugeruje narysowana na szklance kreseczka, czy może jednak większą część szklanki wypełnia piana.
I chyba najgorszy jest sposób „mycia” szkła, który mnie – osobę od zawsze terroryzowaną przez widmo Pani Z Sanepidu - wprawia w osłupienie pomieszane ze wstrętem. Otóż szklanki są myte w jednej przegrodzie zlewu, wypełnionej wodą pomieszana z detergentem, a potem są opłukiwane pod bieżącą wodą – bez użycia gąbek, ścierek ani wyparzarki oraz z pominięciem strefy brudnej/czystej etc. Tak odświeżone na naszych oczach szkło zostaje napełnione piwem, bądź pianą – zależy od barmana, a następnie trafia do rąk klientów.

Moje nowe miejsce pracy znajduje się nieopodal dzielnicy czerwonych latarni, na ulicy –jakżeby inaczej- gejowskiej. Okna wychodzą na Gay Cinema Shop i przez ośmiogodzinną zmianę mam okazję podziwiać dmuchane penisy oraz przenośne urządzenia do masturbacji (patrz zdjęcie) – a propos czy one mają jakąś nazwę?








środa, 3 listopada 2010

A Gay Night

O tym, że Amsterdam to raj dla gejów miałam zamiar napisać dopiero po wizycie w jakimkolwiek GayClubie - tak wstyd nie byłam jeszcze w żadnym. Z darmowej prasy gejowskiej wiem, ze standardem są imprezy typu  Switch your things czy Golden Shower Party i takie standardy jak hotele gejowski czy gejowskie kina. Szczerze - myślałam, że niewiele jest w stanie mnie zdziwić, aż do dzisiaj kiedy dostałam maila z biura De Key, które wynajmuje mi akademik:

Dear students,
For all the gay students and their friends living in the RA de Key Shortstay buildings, we are organizing the annual gay night out in Amsterdam!!!!!
It will be a great way to experience first hand why Amsterdam, the very city you live in, deserves the reputation of being one of the most accepting, liberal and progressive (and fun) cities in the world!!!
The night will take place on thursday the18th of november from 20:30 till dawn. We will kick off at café Prik, where we will play music bingo (which is a whole lot of fun) under the enjoyment of a free cocktail. The grand prize of the game will be a dinnercheque worth €100,-!!!!!
Afterwards we will go on a pubcrawl throughout the city and visit a few famous gay bars. We will be ending in a club where we will dance the night away.
This event (sponsored by de Key) is completely free of charge, which will include all activities and one free cocktail in Prik (no additional drinks). It is open to all gay students and anyone else residing in one of the RA-dorms (Prinsengracht, Plantage Muidergracht, Prins Hendrikkade, Funen, Narwal, Sarphatistraat, Zeeburg).














wtorek, 2 listopada 2010

Jarmuż w Kościele Polskim, czyli jak to wszystko się zaczęło


Po tym jak okazało się, ze mrożony szpinak w mojej lodówce, na który strasznie narzekałam, bo wszystko co  niego przygotowywałam wcale nie smakowało tak jak powinno. No więc kiedy ten szpinak okazał się jarmużem (tak też słyszałam o tym warzywie (?) pierwszy raz w życiu) pomyślałam, że najwyższa pora znaleźć platformę na dzielenie się takimi zdarzeniami. Przyznaję, że zainspirowało mnie również moje własne lenistwo, bo po tym jak opowiadałam codziennie innej osobie o mojej wizycie w Kościele Polskim, zaczęłam czasem myśleć o kopiowaniu i wklejaniu fragmentów innych maili i kompilowaniu z tego nowej relacji. No i miękkie narkotyki dostępne w  Amsterdamie również robią swoje, już zupełnie nie pamiętam co komu pisałam. Poza tym blogi antropologiczno-etnologiczno-kulturoznawczo-turystyczne zawsze cieszą się zainteresowaniem, a każdy przyzwoity człowiek powinien w swoim życiu mieć chociaż jeden.

Ponieważ pierwszy wpis powinien być długi i pełen zabawnych anegdot, niczym pierwszy odcinek serialu, powrócę tutaj do mojej wyprawy do Kościoła, która wielu z Was wprawiła w osłupienie.
Otóż zaczęło się to wszystko od maila z uniwersytetu z prośba od Pana, który szukał ankieterów do badania Polaków pracujących w Holandii. Słyszałam wiele o ankieterach, o tym że nikt ich nie szanuje, a ludzie generalnie unikają ich jak ognia. Pamiętam też swoje własne, smutne doświadczenia, kiedy to skuszona ofertą robienia ankiet musiałam sprzedawać nieświadomym niczego ludziom tandetne perfumy. Ale nie ukrywam autor maila świetnie trafił w mój czuły punkt, pisząc mianowicie: Oznacza to, że w ciągu kilku/kilkunastu dni można zarobić 200-240 EUR przy stosunkowo niewielkim nakładzie pracy i w sposób raczej nie kolidujący z codziennymi zajęciami. Więc przyjęłam propozycję, nie wiedząc dokładnie na co się piszę. Bo znalezienie 50 Polaków wydało mi się banalnie proste – zwłaszcza, że zgodnie z moim polskimi korzeniami miałam zamiar troszkę pokombinować (co się niestety w końcu nie udało, bo respondenci są weryfikowani drogą telefoniczną).
Otóż szukanie zaczęłam od Sklepu Polskiego, którego nazwanie sklepem jest dużym naciągnięciem, ponieważ asortyment jest niezwykle ubogi, ale za to wiele jest w nim elementów folklorystycznych, typowych dla sklepu z prowincji: ceny pisane długopisem i zamazywane jeżeli nastąpiła ich podwyżka, albo niezidentyfikowane dekoracje pod sufitem, które teraz kiedy o tym myślę wydają mi się siatką maskującą. Otóż właścicielką sklepu, a także jedyną jego pracownicą jest  Pani - nazwijmy ja na nasze potrzeby Krysią, bo jakie inne imię może nosić leciwa dama, z tlenionymi i zniszczonymi trwałą włosami i używająca cieni do oczu w kolorze morskiego lazuru? Z panią Krysią miło sobie pogawędziłam o jej emigracji – jeszcze politycznej, o tęsknocie za Polską i polskimi produktami (- „Mi tam jedzenia nie brakuję, czasem gołąbki ze słoika zjem”), opowiedziała mi jak to do Ruskich jeździła, wręczyła mnóstwo darmowej prasy polonijnej, ulotek i poleciła udać się do Kościoła w poszukiwaniu rodaków. Bo między Bogiem a prawdą w ciągu godziny, którą spędziłam w jej uroczym sklepiku nie przyszedł nikt oprócz dwóch Hindusów. Więc następnego dnia – a było to w niedzielę, udałam się jak każdy porządny Polak do kościoła. Droga była długa, bo Polacy niczym pierwsi chrześcijanie spotykają się niemal za granicami miasta. Udało mi się namówić kilku miłych panów na wypełnienie ankiet, opowiedzieli mi przy okazji o tym jak ciężko jest z pracą bo „Bułgarzy i Ukraińcy podbijają stawki” i że prawdopodobnie już nigdy więcej do Holandii nie wrócą. No, ale msza się zaczęła, przykościelna „kawiarenka” opustoszała, zostałam tam tylko ja i obwieszony złotem pan, który zerkając w moją stronę, podszedł do mnie pod pozorem przyklejenia plakatu zapowiadającego zabawę Andrzejkową. Pan okazał się polskim pionierem na ziemi holenderskiej, przycumował do amsterdamskiego portu (literalnie) 13 grudnia 1981 i obawiając się poboru do wojska postanowił osiedlić się w Niderlandach. Zaproponował mi kawę i ciastka, które przygotowała p. organistka z okazji rocznicy wyboru JP2 na papieża, pięknie opowiadał o wielkim, polskim, katolickim pikniku, który odbywa się raz w roku i jest największy w Holandii. I oczywiście nie mogło zabraknąć opowieści o synach, którzy mają własne samochody i mieszkania. Niestety musiał przerwać, ponieważ pełnił danej niedzieli funkcję kościelnego i musiał iść zbierać „na tacę”. Nie spotkałam go nigdy więcej a szkoda bo pewnie byłby szczęśliwy widząc mnie w tej małej polsko-katolickiej wspólnocie trzy niedziele z rzędu.
Kościół to także miejsce, w którym "męszczyźni" szukają pracy


Udało mi się w tym czasie przebadać ok. 40 Polaków, wszystkich ich pamiętam, niektórzy bardzo się ze mną zżyli, zostałam zaproszona na wieczór panieński, wycałowana przez starsza Panią, jeden z Panów uścisnął mi dłoń kiedy powiedziałam mu dzień dobry, usłyszałam historię o matce pracującej u prywaciarza i niestety zostałam przegoniona przez księdza.


Wracając w tramwaju przede mną siedział mężczyzna z odgaszoną, cuchnącą niedopałkami cygaretką. Natomiast siedząca za mną osoba byłam mocno nietrzeźwa i zionęła wonią alkoholu. Ta mieszanina stworzyła zapach naszych polskich pociągów, więc moja potrzeba polskości została zaspokojona na następny tydzień, kiedy to udałam się ponownie do Kościoła.