wtorek, 8 lutego 2011

sezon 2 odcinek 1

Po przedłużonej przerwie świąteczno-semestralnej nadszedł najwyższy czas na rozpoczęcie nowego sezonu w Niderlandach. Powrót tutaj nie był tak bardzo bolesny - po niemal miesiącu pomieszkiwania w squaterskich warunkach tym bardziej doceniłam centralne ogrzewanie, ciepłą wodę bez ograniczeń i mój rower. Oprócz tego okazało się, że tęskniłam również za moimi sąsiadami z drugiej strony ulicy. Nie doszło wprawdzie między nami nigdy do żadnych interakcji, ale przez 4 miesiące życia vis-a-vis bez zasłon i firanek zżyłam się także z nimi.


Przyjechałam objedzona twarogiem i kabanosami, co więcej polskie jedzenie zdążyło mi zbrzydnąć i okazało si, że nie jest tak kolorowo w kraju nad Wisłą, gdzie w sezonie zimowych dostępne są tylko warzywa korzeniaste i  łatwo nabrać się na ser, który ma w sobie tylko 15 % sera. A tutaj mimo bariery językowej nie ma szans, że kupię produkt seropodobny bądź sztuczny miód gdyż takich specyfików najzwyczajniej tutaj nie ma. A poza tym przestałam się przejmować ilością chemikaliów użytych do zakonserwowania świeżego szpinaku w środku zimy, albo pakowanych i poszatkowanych warzyw dochodząc do wniosku, że skoro nie zabiły mnie one do tej pory to nie mam co panikować.
Dlatego też moim postanowieniem noworocznym (oprócz ograniczenia spożywania makaronu, który z powodu mojego lenistwa przez ostatnie pół semestru był moim głównym pożywieniem),  jest jedzenie wymaganych i rekomendowanych pięciu porcji warzyw i owoców dziennie. Wprawdzie tutaj na pakowanych roślinach widnieje napis, który jak wydedukowałam mówi o tym, że tych porcji powinno być dwie, więc nie wiem czy znaczy to że mają one więcej wartości odżywczych i witamin czy są tak przetworzone, że jedzenie ich w  nadmiarze grozi chorobą…? Nie spędza mi to jednak snu z powiek, ponieważ targi tutaj to prawdziwy raj owocowo-warzywny.


Pomijając już produkty z całego świata, śmieszne ceny i promocje typu 5 mango z 1 euro, to naprawdę w styczniu można tu dostać niemal wszystkie warzywa, które u nas zwykło się nazywać sezonowymi. Ale jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nie było problemu z zakupem rzodkiewki czy fasolki szparagowej, ale już korzeń pietruszki był towarem deficytowym. Pomijając już osłupienie w jakie wprowadziłam moja włoską koleżankę kiedy próbowałam jej wyjaśnić czego tak naprawdę szukam i wskazując na seler powiedziałam, ze powinna ona być gdzieś tutaj. Nie musze chyba dodawać, że seler wydał jej się warzywem mega egzotycznym, a kiedy w końcu w sklepie islamskim znalazłam pietruszkę było to jej pierwsze z nią zetknięciem, co skomentowała stwierdzeniem, że jem bardzo dziwne rzeczy. Ugotowana na parze i podsmażona pietruszka była najdłużej dyskutowanym daniem w trakcie obiadu tego dnia i okazał się najbardziej undergroundowym warzywem. Do tego stopnia, ze kiedy w końcu odwiedziłam squat, w którym squatersi trzy razy w tygodniu prowadzą coś w stylu restauracji ze świetnym wegetariańskim jedzeniem (i na warunki holenderskie tanim), tam jednym z dań było curry z pietruszki. To znaczy tak myślałam i do takich wniosków doszliśmy w trakcie jedzenia, jednak w domu postanowiłam sprawdzić jaka jest różnica między persley a parsnip, bo taka forma widniała w menu. Tym razem okazało się, że to co brałam za pietruszkę jest PASTERNAKIEM, kolejne warzywo, które znam tylko z tekstów kultury, zwłaszcza tych poświęconych biedzie. Więc znowu 1:0 dla Holandii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz