Jeszcze kilka słów o placówce gastronomicznej, w której zarabiam słodkie eurasy, bo wciąż nie przestaje mnie ona zaskakiwać i szokować. Nawet nie dziwi mnie, że turyści, którzy się w niej pojawiają są zachwyceni jedzeniem przygotowywanym z półproduktów, smażonych na głębokim tłuszczu i nafaszerowanych glutaminianem sodu. Różnice kulturowe związane z łączeniem smaków – słodkich i słonych w przypadku Amerykanów (naleśniki z bekonem i syropem karmelowym) czy słonych i kwaśnych w przypadku Brytyjczyków (frytki z octem) są niczym przy możliwościach ludzi zjaranych trawą. Tutaj w rankingu chyba na pierwszym miejscu jest English Breakfast, do którego bardzo chętnie domawiają gorącą czekoladę z dużą ilością bitej śmietany.
Ale to właśnie w Amsterdamie, cywilizowanym mieście Europy Zachodniej zobaczyłam swoją pierwszą mysz za barem i karaluchy w kuchni. Dotarło do mnie też, że żywe kotki które są wszędzie – w knajpach, sklepach nie są tam dlatego, że są tak kochane, ale dlatego, że najlepiej sprawdzają się w walce ze szkodnikami. Generalnie poziom higieny lekko mnie przeraża, to, że ode mnie - osoby mającej kontakt z żywnością, nikt nie wymagał jakichkolwiek badań lekarskich jak również, nikt nie zapewnił mi w miejscu pracy chociażby umywalki z mydłem antybakteryjnym sprawia, że naprawdę boję się teraz jeść gdziekolwiek w tym mieście poza swoją własną kuchnią. A szkoda, bo odkąd w końcu sprawdziłam w Wikipedii gdzie jest Surinam (dawna kolonia holenderska, przez co jest tu mnóstwo sklepów i restauracji z żywnością z Surinamu) bardzo chciałam spróbować tradycyjnego jedzenia z tej części świata.
I oczywiście grupa Japończyków rozpoznała we mnie Anne Hathaway, inni robili sobie ze mną zdjęcia. Nie pasuję do stereotypu Polki blondynki, więc automatycznie jestem brana za Hiszpankę. Pomaga mi to zwłaszcza kiedy przypadkowo pojawią się w moim przybytku rodacy, którzy jak na prawdziwych turystów przystało zawsze ubrani są w kurtki z Goratexu i polary. Kiedy lekkomyślnie przyznałam się przed taką grupą do moich korzeni, zamówienie, które w przypadku konieczności zamawiania w obcym języku ograniczyłoby się tylko do języka migowego tj. podania ilości i wskazania na piwo, dzięki możliwości zamawiania w języku ojczystym rozwinęło się do listy wymagań, oczekiwań oraz lekkiego wymuszenia ode mnie rabatu. Teraz już wyryłam sobie w sercu, że nostalgia nostalgią, ale pięćdziesięcioletni turyści z Polski to zło, którego trzeba unikać jak ognia.
Ale to właśnie w Amsterdamie, cywilizowanym mieście Europy Zachodniej zobaczyłam swoją pierwszą mysz za barem i karaluchy w kuchni. Dotarło do mnie też, że żywe kotki które są wszędzie – w knajpach, sklepach nie są tam dlatego, że są tak kochane, ale dlatego, że najlepiej sprawdzają się w walce ze szkodnikami. Generalnie poziom higieny lekko mnie przeraża, to, że ode mnie - osoby mającej kontakt z żywnością, nikt nie wymagał jakichkolwiek badań lekarskich jak również, nikt nie zapewnił mi w miejscu pracy chociażby umywalki z mydłem antybakteryjnym sprawia, że naprawdę boję się teraz jeść gdziekolwiek w tym mieście poza swoją własną kuchnią. A szkoda, bo odkąd w końcu sprawdziłam w Wikipedii gdzie jest Surinam (dawna kolonia holenderska, przez co jest tu mnóstwo sklepów i restauracji z żywnością z Surinamu) bardzo chciałam spróbować tradycyjnego jedzenia z tej części świata.
I oczywiście grupa Japończyków rozpoznała we mnie Anne Hathaway, inni robili sobie ze mną zdjęcia. Nie pasuję do stereotypu Polki blondynki, więc automatycznie jestem brana za Hiszpankę. Pomaga mi to zwłaszcza kiedy przypadkowo pojawią się w moim przybytku rodacy, którzy jak na prawdziwych turystów przystało zawsze ubrani są w kurtki z Goratexu i polary. Kiedy lekkomyślnie przyznałam się przed taką grupą do moich korzeni, zamówienie, które w przypadku konieczności zamawiania w obcym języku ograniczyłoby się tylko do języka migowego tj. podania ilości i wskazania na piwo, dzięki możliwości zamawiania w języku ojczystym rozwinęło się do listy wymagań, oczekiwań oraz lekkiego wymuszenia ode mnie rabatu. Teraz już wyryłam sobie w sercu, że nostalgia nostalgią, ale pięćdziesięcioletni turyści z Polski to zło, którego trzeba unikać jak ognia.
Żeby chociaż za Żyda Cie brali...a i Polaczków by to skutecznie odstraszyło. Weno Bar kup se jakąś gwiazdę Dawida, co Ci szkodzi ;P
OdpowiedzUsuńjuż raz usłyszałam ze wyglądam jak Anna Frank więc gwiazdy chyba nie potrzebuję
OdpowiedzUsuń