Po tym jak okazało się, ze mrożony szpinak w mojej lodówce, na który strasznie narzekałam, bo wszystko co niego przygotowywałam wcale nie smakowało tak jak powinno. No więc kiedy ten szpinak okazał się jarmużem (tak też słyszałam o tym warzywie (?) pierwszy raz w życiu) pomyślałam, że najwyższa pora znaleźć platformę na dzielenie się takimi zdarzeniami. Przyznaję, że zainspirowało mnie również moje własne lenistwo, bo po tym jak opowiadałam codziennie innej osobie o mojej wizycie w Kościele Polskim, zaczęłam czasem myśleć o kopiowaniu i wklejaniu fragmentów innych maili i kompilowaniu z tego nowej relacji. No i miękkie narkotyki dostępne w Amsterdamie również robią swoje, już zupełnie nie pamiętam co komu pisałam. Poza tym blogi antropologiczno-etnologiczno-kulturoznawczo-turystyczne zawsze cieszą się zainteresowaniem, a każdy przyzwoity człowiek powinien w swoim życiu mieć chociaż jeden.
Ponieważ pierwszy wpis powinien być długi i pełen zabawnych anegdot, niczym pierwszy odcinek serialu, powrócę tutaj do mojej wyprawy do Kościoła, która wielu z Was wprawiła w osłupienie.
Otóż zaczęło się to wszystko od maila z uniwersytetu z prośba od Pana, który szukał ankieterów do badania Polaków pracujących w Holandii. Słyszałam wiele o ankieterach, o tym że nikt ich nie szanuje, a ludzie generalnie unikają ich jak ognia. Pamiętam też swoje własne, smutne doświadczenia, kiedy to skuszona ofertą robienia ankiet musiałam sprzedawać nieświadomym niczego ludziom tandetne perfumy. Ale nie ukrywam autor maila świetnie trafił w mój czuły punkt, pisząc mianowicie: Oznacza to, że w ciągu kilku/kilkunastu dni można zarobić 200-240 EUR przy stosunkowo niewielkim nakładzie pracy i w sposób raczej nie kolidujący z codziennymi zajęciami. Więc przyjęłam propozycję, nie wiedząc dokładnie na co się piszę. Bo znalezienie 50 Polaków wydało mi się banalnie proste – zwłaszcza, że zgodnie z moim polskimi korzeniami miałam zamiar troszkę pokombinować (co się niestety w końcu nie udało, bo respondenci są weryfikowani drogą telefoniczną).
Otóż szukanie zaczęłam od Sklepu Polskiego, którego nazwanie sklepem jest dużym naciągnięciem, ponieważ asortyment jest niezwykle ubogi, ale za to wiele jest w nim elementów folklorystycznych, typowych dla sklepu z prowincji: ceny pisane długopisem i zamazywane jeżeli nastąpiła ich podwyżka, albo niezidentyfikowane dekoracje pod sufitem, które teraz kiedy o tym myślę wydają mi się siatką maskującą. Otóż właścicielką sklepu, a także jedyną jego pracownicą jest Pani - nazwijmy ja na nasze potrzeby Krysią, bo jakie inne imię może nosić leciwa dama, z tlenionymi i zniszczonymi trwałą włosami i używająca cieni do oczu w kolorze morskiego lazuru? Z panią Krysią miło sobie pogawędziłam o jej emigracji – jeszcze politycznej, o tęsknocie za Polską i polskimi produktami (- „Mi tam jedzenia nie brakuję, czasem gołąbki ze słoika zjem”), opowiedziała mi jak to do Ruskich jeździła, wręczyła mnóstwo darmowej prasy polonijnej, ulotek i poleciła udać się do Kościoła w poszukiwaniu rodaków. Bo między Bogiem a prawdą w ciągu godziny, którą spędziłam w jej uroczym sklepiku nie przyszedł nikt oprócz dwóch Hindusów. Więc następnego dnia – a było to w niedzielę, udałam się jak każdy porządny Polak do kościoła. Droga była długa, bo Polacy niczym pierwsi chrześcijanie spotykają się niemal za granicami miasta. Udało mi się namówić kilku miłych panów na wypełnienie ankiet, opowiedzieli mi przy okazji o tym jak ciężko jest z pracą bo „Bułgarzy i Ukraińcy podbijają stawki” i że prawdopodobnie już nigdy więcej do Holandii nie wrócą. No, ale msza się zaczęła, przykościelna „kawiarenka” opustoszała, zostałam tam tylko ja i obwieszony złotem pan, który zerkając w moją stronę, podszedł do mnie pod pozorem przyklejenia plakatu zapowiadającego zabawę Andrzejkową. Pan okazał się polskim pionierem na ziemi holenderskiej, przycumował do amsterdamskiego portu (literalnie) 13 grudnia 1981 i obawiając się poboru do wojska postanowił osiedlić się w Niderlandach. Zaproponował mi kawę i ciastka, które przygotowała p. organistka z okazji rocznicy wyboru JP2 na papieża, pięknie opowiadał o wielkim, polskim, katolickim pikniku, który odbywa się raz w roku i jest największy w Holandii. I oczywiście nie mogło zabraknąć opowieści o synach, którzy mają własne samochody i mieszkania. Niestety musiał przerwać, ponieważ pełnił danej niedzieli funkcję kościelnego i musiał iść zbierać „na tacę”. Nie spotkałam go nigdy więcej a szkoda bo pewnie byłby szczęśliwy widząc mnie w tej małej polsko-katolickiej wspólnocie trzy niedziele z rzędu.
Otóż zaczęło się to wszystko od maila z uniwersytetu z prośba od Pana, który szukał ankieterów do badania Polaków pracujących w Holandii. Słyszałam wiele o ankieterach, o tym że nikt ich nie szanuje, a ludzie generalnie unikają ich jak ognia. Pamiętam też swoje własne, smutne doświadczenia, kiedy to skuszona ofertą robienia ankiet musiałam sprzedawać nieświadomym niczego ludziom tandetne perfumy. Ale nie ukrywam autor maila świetnie trafił w mój czuły punkt, pisząc mianowicie: Oznacza to, że w ciągu kilku/kilkunastu dni można zarobić 200-240 EUR przy stosunkowo niewielkim nakładzie pracy i w sposób raczej nie kolidujący z codziennymi zajęciami. Więc przyjęłam propozycję, nie wiedząc dokładnie na co się piszę. Bo znalezienie 50 Polaków wydało mi się banalnie proste – zwłaszcza, że zgodnie z moim polskimi korzeniami miałam zamiar troszkę pokombinować (co się niestety w końcu nie udało, bo respondenci są weryfikowani drogą telefoniczną).
Otóż szukanie zaczęłam od Sklepu Polskiego, którego nazwanie sklepem jest dużym naciągnięciem, ponieważ asortyment jest niezwykle ubogi, ale za to wiele jest w nim elementów folklorystycznych, typowych dla sklepu z prowincji: ceny pisane długopisem i zamazywane jeżeli nastąpiła ich podwyżka, albo niezidentyfikowane dekoracje pod sufitem, które teraz kiedy o tym myślę wydają mi się siatką maskującą. Otóż właścicielką sklepu, a także jedyną jego pracownicą jest Pani - nazwijmy ja na nasze potrzeby Krysią, bo jakie inne imię może nosić leciwa dama, z tlenionymi i zniszczonymi trwałą włosami i używająca cieni do oczu w kolorze morskiego lazuru? Z panią Krysią miło sobie pogawędziłam o jej emigracji – jeszcze politycznej, o tęsknocie za Polską i polskimi produktami (- „Mi tam jedzenia nie brakuję, czasem gołąbki ze słoika zjem”), opowiedziała mi jak to do Ruskich jeździła, wręczyła mnóstwo darmowej prasy polonijnej, ulotek i poleciła udać się do Kościoła w poszukiwaniu rodaków. Bo między Bogiem a prawdą w ciągu godziny, którą spędziłam w jej uroczym sklepiku nie przyszedł nikt oprócz dwóch Hindusów. Więc następnego dnia – a było to w niedzielę, udałam się jak każdy porządny Polak do kościoła. Droga była długa, bo Polacy niczym pierwsi chrześcijanie spotykają się niemal za granicami miasta. Udało mi się namówić kilku miłych panów na wypełnienie ankiet, opowiedzieli mi przy okazji o tym jak ciężko jest z pracą bo „Bułgarzy i Ukraińcy podbijają stawki” i że prawdopodobnie już nigdy więcej do Holandii nie wrócą. No, ale msza się zaczęła, przykościelna „kawiarenka” opustoszała, zostałam tam tylko ja i obwieszony złotem pan, który zerkając w moją stronę, podszedł do mnie pod pozorem przyklejenia plakatu zapowiadającego zabawę Andrzejkową. Pan okazał się polskim pionierem na ziemi holenderskiej, przycumował do amsterdamskiego portu (literalnie) 13 grudnia 1981 i obawiając się poboru do wojska postanowił osiedlić się w Niderlandach. Zaproponował mi kawę i ciastka, które przygotowała p. organistka z okazji rocznicy wyboru JP2 na papieża, pięknie opowiadał o wielkim, polskim, katolickim pikniku, który odbywa się raz w roku i jest największy w Holandii. I oczywiście nie mogło zabraknąć opowieści o synach, którzy mają własne samochody i mieszkania. Niestety musiał przerwać, ponieważ pełnił danej niedzieli funkcję kościelnego i musiał iść zbierać „na tacę”. Nie spotkałam go nigdy więcej a szkoda bo pewnie byłby szczęśliwy widząc mnie w tej małej polsko-katolickiej wspólnocie trzy niedziele z rzędu.
![]() |
| Kościół to także miejsce, w którym "męszczyźni" szukają pracy |
Udało mi się w tym czasie przebadać ok. 40 Polaków, wszystkich ich pamiętam, niektórzy bardzo się ze mną zżyli, zostałam zaproszona na wieczór panieński, wycałowana przez starsza Panią, jeden z Panów uścisnął mi dłoń kiedy powiedziałam mu dzień dobry, usłyszałam historię o matce pracującej u prywaciarza i niestety zostałam przegoniona przez księdza.
Wracając w tramwaju przede mną siedział mężczyzna z odgaszoną, cuchnącą niedopałkami cygaretką. Natomiast siedząca za mną osoba byłam mocno nietrzeźwa i zionęła wonią alkoholu. Ta mieszanina stworzyła zapach naszych polskich pociągów, więc moja potrzeba polskości została zaspokojona na następny tydzień, kiedy to udałam się ponownie do Kościoła.

ja kiedyś w sztokholmie pomyliłam jakieś obrzydliwie-smakowe masło z serkiem topionym. i niby NOT A BIG DEAL, ale i tak strasznie się ze mnie śmiały mówiące po szwedzku koleżanki...
OdpowiedzUsuńA wiedziałam wcześniej co to jarmuż...
OdpowiedzUsuń@Olga to powiedz mi co mam przygotować z tej reszty, która mi zalega w zamrażalniku bo jarmuż to mi się tylko z Jimem Jarmuschem kojarzy
OdpowiedzUsuń@Paulina na szczęście ze mnie się nikt nie śmieje bo nie mam pojęcia jak wymówić tę nazwę po holendersku i nie znam angielskiego słowa (a nawet jeżeli je sprawdzę to kto ma pojęcie jak jest jarmuż po ang.), więc nie jestem w stanie opowiedzieć tej anegdoty w innym języku niż ojczysty
Tzn ja wiedziałam co to jarmuż, czyli że tego gówna należy unikać, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie :P
OdpowiedzUsuń