piątek, 26 listopada 2010

O szkole i nauce


Było o rozrywkach teraz czas na studia i uniwersytet, bo przecież po to przede wszystkim – przynajmniej oficjalnie- tutaj przyjechałam.

        Holendrzy jako studenci są dość specyficzni. Już na pierwszych zajęciach zaskoczyło mnie, że wszyscy bez skrępowania jedzą, piją, rozmawiają, a nawet jedna z dziewczyn obierała sobie jabłko. I nie był to wcale wykład, ale kameralne seminarium w 30 osobowej grupie, a  wykładowca nigdy nie zwrócił nikomu uwagi. Zaskakujące jest dla mnie również, że kiedy studenci przychodzą na zajęcia z własnym komputerem bez skrępowania, niemal oficjalnie większość czasu spędzają na Facebooku – raz obserwowałam siedzącą przede mną dziewczynę, która trzygodzinne zajęcia spędziła na przeglądaniu blogów modowych, nie notując ani słowa związanego z wykładem. Oczywiście komputery są też pomocne - bardzo często na zajęciach jeśli wykładowca czegoś nie wie, albo nie jest pewien bezwstydnie zdarza mu się korzystać Wikipedia. 
        Natomiast co zabawne  - z polskiego punktu widzenia- wszyscy dla ochrony przed deszczem pakują swoje komputery w plastikowe torby,  które w Polsce - z racji konotacji z pierwszymi wyjazdami zarobkowymi Polaków zagranicę oraz związanym z tym mitem reklamówki jako erzacu zachodniego kapitalizmu- uchodzą za szczyt obciachu i nikt nie pokazuje się z nimi publicznie. Również jajka na twardo, które w Polsce nierozłącznie kojarzą się z podróżą w przepełnionym przedziale pociągu PKP,  tutaj pozbawione są tego plebejskiego kontekstu i są sprzedawane w kantynie.
       I ogromnym szokiem kulturowym było dla mnie to, ze wszyscy piją tu wodę z kranu! W trakcie przerwy w toalecie wszyscy napełniają nią butelki i nikt nie kupuje wody mineralnej! Ponieważ zostałam wyśmiana po tym jak stwierdziłam, że to niezdrowe i pewnie ta woda pompowana jest prosto z kanałów i pełno w niej bakterii, wirusów i robaczków które zalęgną się w naszych brzuszkach a następnie nas zabiją (kolejny  z polskich przesądów wszczepiony we mnie w okresie dziecięcym) i teraz piję już kranówę jak wszyscy inni przedstawiciele zachodniego świata.
       Natomiast dzisiaj w trakcie wykładu zapanowało ogólne poruszenie i osoby siedzące w jednym z rzędów kolektywnie wstały i uciekły pod okno. Wykładowca – który jak wspomniałam raczej nie ma problemu z tym, że na sali panuje rozgardiasz – przez chwilę starał się nie zwracać na to uwagi i kontynuował wykład. Ale ludzka ciekawość wzięła górę nad profesjonalizmem i spytał w końcu co się stało. Ponieważ początkowo wymiana zdań odbywała się po holendersku nie byłam pewna czy to co widzę jest rzeczywiście tym czym myślałam że jest. A widziałam mianowicie chłopca schylonego pod ławką i wszystkich wokoło wpatrzonych w niego i z obrzydzeniem obserwujących jak on…. WYMIOTUJE!!!!!  Ostatnio raz wymiotujący uczeń zdarzył mi się w podstawówce! Wykładowca zarządził więc przerwę, chłopiec uciekł – niestety nie wiem co działo się w ciągu 5 minut, w trakcie których udałam się do toalety, ale kiedy wróciłam koordynator zajęć wszedł do sali z rolką papierowych ręczników i workami na śmieci, podszedł do ławki w której siedział wymiotujący chłopiec, ze śmiechem przyjrzał się wymiocinom, a potem przyjrzał się z dezaprobatą jogurtowi, który chłopiec pił i który był bezpośrednią przyczyną jego  zasłabnięcia. Kiedy wymyty chłopiec wrócił do sali został poklepany po ramieniu przez nadal rozbawionego koordynatora, zostały mu również wręczone ręczniki i zabrał się do sprzątania. Po pięciu minutach wszystko wróciło do porządku, oprócz tego że wszyscy przesiedli się do początkowych rzędów zostawiając osamotnionego, "wymiotującego chłopca" z tyłu.  

1 komentarz: